Finansowanie – kto za to zapłaci?

Wprowadzenie

Kiedy ktoś po raz pierwszy słyszy o Europejskiej Superaplikacji, reakcja jest zazwyczaj dwuetapowa. Najpierw: „To ma sens.” Potem: „Ale kto za to zapłaci?”

To uczciwe pytanie i zasługuje na uczciwą odpowiedź. Nie ogólnikową obietnicę, że „jakoś się uda”, tylko konkretne liczby, sprawdzalne źródła finansowania i model, który Europa stosuje od dziesięcioleci w innych dużych projektach.


Ile to kosztuje

Budowa otwartej, publicznej infrastruktury cyfrowej dla 450 milionów Europejczyków to duże przedsięwzięcie. Ale kosztuje znacznie mniej, niż większość ludzi zakłada. Infrastruktura cyfrowa jest tańsza od fizycznej. Nie trzeba wynosić satelitów na orbitę, budować tuneli pod Alpami ani stawiać fabryk.

Realistyczny szacunek rocznego kosztu po osiągnięciu pełnej skali to od 1 do 2 miliardów euro.

Co to oznacza w przeliczeniu na jednego obywatela? Od 2 do 4 euro rocznie. Mniej niż 35 centów miesięcznie.

Żeby to poczuć: to mniej niż cena jednego espresso. Mniej niż najtańsza subskrypcja jakiejkolwiek platformy streamingowej. Mniej niż to, co przeciętny Europejczyk rocznie „płaci” platformom w postaci reklam wliczonych w ceny produktów.

A w przeliczeniu na Polskę? Przy 38 milionach mieszkańców to od 76 do 152 milionów euro rocznie. Dla porównania: roczny budżet programu mObywatel to porównywalna skala wydatków, a Europejska Superaplikacja dałaby Polakom dostęp nie do jednej aplikacji urzędowej, tylko do kompletnego ekosystemu komunikacji, edukacji, usług i bezpiecznej tożsamości cyfrowej.

Warto pamiętać: to nie jest koszt dodatkowy. To w dużej mierze przekierowanie pieniędzy, które Europa już dziś wydaje na zamknięte oprogramowanie zagranicznych korporacji.


Skąd wziąć pieniądze

Nikt nie musi płacić za to z własnej kieszeni jako nowy podatek czy składkę. Środki na publiczną infrastrukturę cyfrową mogą pochodzić z czterech źródeł, które Europa już zna i z których korzysta od dekad.

Budżet Unii Europejskiej (40–50% kosztów)

To naturalne i główne źródło dla projektu, który służy wszystkim państwom członkowskim. UE finansuje już w ten sposób system nawigacji satelitarnej Galileo (ponad 2 miliardy euro rocznie), infrastrukturę transportową, sieci badawcze i europejskie superkomputery. Cyfrowa infrastruktura publiczna pasuje do tej samej logiki: jest zbyt duża dla jednego kraju, a korzyści rozkładają się na cały kontynent.

Dla polskiego polityka kluczowe jest to, że finansowanie z budżetu UE oznacza, iż Polska jako beneficjent netto czerpie proporcjonalnie więcej, niż wpłaca. To ten sam mechanizm, który finansuje polskie drogi, kolej i transformację energetyczną.

Składki państw członkowskich (25–30% kosztów)

Uzupełnienie budżetu unijnego, na zasadzie proporcjonalnej do dochodu narodowego. Większe gospodarki płacą więcej, ale też zyskują więcej kontraktów, miejsc pracy i wpływu na kształt systemu. Ten model od ponad siedemdziesięciu lat zapewnia stabilne finansowanie CERN-u, niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi w poszczególnych krajach.

Przekierowanie wydatków na zagraniczne licencje (15–20% kosztów)

To źródło, o którym rzadko się mówi, a które zmienia całą kalkulację. Europejskie rządy i instytucje publiczne wydają co roku miliardy euro na licencje zamkniętego oprogramowania od amerykańskich korporacji. Same instytucje unijne płacą ponad 200 milionów euro rocznie za pakiet biurowy jednej firmy. Koszty licencji oprogramowania Microsoft w europejskim sektorze publicznym sięgają setek milionów, a w całej gospodarce idą w miliardy.

Każde euro przekierowane z zamkniętych licencji na rozwój otwartego oprogramowania to euro, które zostaje w Europie, tworzy miejsca pracy w europejskich firmach technologicznych i buduje infrastrukturę należącą do obywateli, a nie do korporacji. To nie jest dodatkowy wydatek. To zamiana importu na inwestycję.

Przychody komercyjne (5–10% kosztów)

Nie z reklam, bo Europejska Superaplikacja nie opiera się na modelu reklamowym. Z usług premium dla firm: certyfikowane interfejsy dla przedsiębiorstw, szkolenia, wsparcie techniczne. Podobnie jak Linux jest darmowy dla użytkowników, ale firmy płacą za profesjonalne wsparcie. Ta część zmniejsza obciążenie publiczne i tworzy zdrowy ekosystem komercyjny wokół otwartej infrastruktury.


Trzy fazy budowy

Projektu tej skali nie buduje się w jeden dzień. Realistyczny plan zakłada trzy fazy, każda z innymi źródłami finansowania i mierzalnymi celami.

Faza pierwsza (lata 1–2): pilotaż i prototyp

Koszt: 500–800 milionów euro. Finansowanie głównie z programu IPCEI (Important Projects of Common European Interest), który pozwala państwom członkowskim wspólnie inwestować w projekty o strategicznym znaczeniu. W ramach tego mechanizmu finansowano już europejskie projekty bateryjne, półprzewodnikowe i wodorowe.

Cel: działający system z kluczowymi funkcjami, przetestowany na realnych użytkownikach w kilku krajach. Polska, z doświadczeniami mObywatela i Profilu Zaufanego, jest naturalnym kandydatem na kraj pilotażowy. Polskie kompetencje w zakresie cyfrowej tożsamości obywatelskiej są jednymi z najbardziej zaawansowanych w Europie.

Faza druga (lata 3–5): skalowanie

Roczne finansowanie rośnie do 1–1,5 miliarda euro. Właściwą strukturą prawną staje się Joint Undertaking, czyli wspólne przedsięwzięcie na wzór EuroHPC (europejskiej infrastruktury superkomputerowej). Joint Undertaking łączy budżet UE, składki państw i wkład partnerów technologicznych. Ma własną osobowość prawną, własny budżet i własne organy zarządzające.

To nie jest „dotacja z Brukseli”. To autonomiczna instytucja z jasnym mandatem, podobna do europejskiej agencji kosmicznej czy infrastruktury badawczej.

Faza trzecia (rok 6 i dalej): stabilna eksploatacja

Roczne koszty utrzymania: 1–2 miliardy euro. Struktura finansowania stabilizuje się na proporcji mniej więcej 55% ze środków publicznych i 45% z przychodów rynkowych. Model przypomina ekosystem Linuksa: fundament jest publiczny i otwarty, a wokół niego rozwija się rynek usług komercyjnych, który generuje miejsca pracy i innowacje w europejskich firmach.


Dlaczego to się opłaca

Pytanie nie powinno brzmieć „czy nas na to stać”. Powinno brzmieć „czy stać nas na to, żeby tego nie robić”.

Europa wydaje dziś miliardy euro rocznie na licencje zamkniętego oprogramowania od firm podlegających amerykańskiemu prawu. To nie są abstrakcyjne kwoty. Koszty rosną co roku, bo dostawca wie, że klient nie ma realnej alternatywy. W Danii wydatki samorządów Kopenhagi i Aarhus na oprogramowanie Microsoft wzrosły o 72% w ciągu zaledwie pięciu lat. Schleswig-Holstein w Niemczech spodziewa się oszczędności rzędu dziesiątek milionów euro dzięki migracji na Linuksa. Włoskie Ministerstwo Obrony szacuje oszczędności na 29 milionów euro po przejściu na otwarte oprogramowanie.

Ale oszczędności na licencjach to dopiero początek. Prawdziwy koszt obecnego modelu jest głębszy.

Vendor lock-in. Kiedy cała administracja publiczna działa na zamkniętym oprogramowaniu jednego dostawcy, zmiana staje się praktycznie niemożliwa bez ogromnych wydatków. Dostawca może podnosić ceny, zmieniać warunki i narzucać nowe produkty, bo wie, że klient jest uwięziony.

Ryzyko prawne. Dane Europejczyków przechowywane na serwerach amerykańskich firm podlegają amerykańskiemu prawu, w tym ustawie CLOUD Act, która daje amerykańskiemu rządowi możliwość żądania dostępu do tych danych. Microsoft przyznał pod przysięgą, że dane europejskie przechowywane w europejskich centrach danych wciąż mogą podlegać amerykańskim wnioskom o dostęp. W obecnej sytuacji geopolitycznej to ryzyko, które żaden odpowiedzialny rząd nie powinien ignorować.

Odpływ kapitału. Każde euro wydane na zamkniętą licencję zagranicznej korporacji to euro, które opuszcza europejską gospodarkę. Europejska Superaplikacja odwraca tę logikę. Pieniądze wydane na rozwój otwartej infrastruktury zostają w Europie: tworzą miejsca pracy, budują kompetencje, wzmacniają lokalne firmy technologiczne.

Polska ma w tym szczególną szansę. Dysponujemy jedną z największych społeczności programistów w Europie. Polscy deweloperzy pracują już dziś nad kluczowymi projektami open source na całym świecie. Europejska Superaplikacja to projekt, w którym ten potencjał mógłby pracować na rzecz europejskiej infrastruktury zamiast na rzecz zagranicznych korporacji.


Niezależność od polityków

Pytanie o finansowanie natychmiast rodzi kolejne: „A co, jeśli politycy przejmą kontrolę?”

To jedno z najważniejszych pytań w całym projekcie. I odpowiedź na nie nie może być zapisana w regulaminie, który następny rząd zmieni. Musi być wbudowana w sam fundament.

Europejska Superaplikacja nie może podlegać żadnemu rządowi, żadnej partii i żadnej instytucji politycznej. Jeśli aktualnie rządzący mogliby decydować o tym, kto ma dostęp, jakie treści są dozwolone albo jakie dane zbierać, projekt traci sens. Każdy Europejczyk, niezależnie od poglądów, musi mieć pewność, że infrastruktura działa na tych samych zasadach, niezależnie od tego, kto wygra następne wybory.

Dlatego model zarządzania opiera się na kilku wzajemnie zabezpieczających się mechanizmach:

Autonomia prawna oparta na traktacie międzynarodowym. Tak jak CERN od ponad siedmiu dekad działa na podstawie konwencji międzynarodowej i nie podlega prawu żadnego pojedynczego państwa, tak Europejska Superaplikacja powinna mieć własną podstawę prawną. Składki państw finansują projekt, ale żadne jedno państwo nie może jednostronnie zmienić zasad ani zablokować systemu.

Nadzór akademicki. W Radzie Nadzorczej projektu kluczową rolę powinny pełnić czołowe europejskie uniwersytety. To instytucje z wielowiekową tradycją autonomii, niepodlegające cyklom wyborczym, z reputacją do stracenia. Ich obecność działa jak bufor między polityką a infrastrukturą. Nie chodzi o to, żeby profesorowie podejmowali decyzje techniczne. Chodzi o to, żeby niezależne instytucje pilnowały, czy projekt działa zgodnie z zasadami, na których został zbudowany.

Finansowanie ponadcykliczne. Budżety uchwalane na siedem lat (jak Wieloletnie Ramy Finansowe UE) chronią przed sytuacją, w której nowy rząd odcina finansowanie z dnia na dzień. Dodatkowe zabezpieczenie: mieszany model finansowy sprawia, że nawet gdyby jedno państwo obcięło swoją składkę, reszta systemu działa dalej. Żadne pojedyncze źródło nie pokrywa więcej niż połowy budżetu.

Otwarty kod jako gwarancja kontroli. To zabezpieczenie wykraczające poza obietnice i zapisy prawne. Jeśli cały kod infrastruktury jest otwarty i publicznie audytowalny, żaden rząd nie może po cichu wbudować w system mechanizmu nadzoru, zablokować dostępu wybranym grupom czy zmienić zasad działania bez wiedzy społeczeństwa. Każda zmiana w kodzie jest publiczna i możliwa do sprawdzenia przez każdego programistę, każdą uczelnię, każdą organizację praw obywatelskich.

Polacy, którzy przez lata doświadczali konsekwencji politycznej kontroli nad instytucjami, rozumieją wartość tych zabezpieczeń lepiej niż większość Europejczyków. Dlatego właśnie Polska powinna być jednym z najgłośniejszych głosów domagających się, by cyfrowa infrastruktura publiczna była niezależna od bieżącej polityki.


A co z inwigilacją?

To pytanie pada zawsze i słusznie. Jeśli rządy finansują infrastrukturę, czy nie będą jej używać do śledzenia obywateli?

Odpowiedź jest wbudowana w architekturę systemu, a nie zapisana w regulaminie. Regulaminy można zmienić jedną ustawą. Architekturę techniczną zmienić jest znacznie trudniej.

Brak centralnego serwera. Europejska Superaplikacja nie przechowuje danych w jednym miejscu. Infrastruktura jest federacyjna, rozproszona między państwami członkowskimi. Nie istnieje pojedynczy punkt, z którego można by pobrać wszystkie dane wszystkich użytkowników. To świadoma decyzja projektowa, która sprawia, że masowa inwigilacja jest technicznie nieopłacalna.

Szyfrowanie od końca do końca. Komunikacja między użytkownikami jest szyfrowana w taki sposób, że nawet operator infrastruktury nie ma dostępu do treści. To ta sama technologia, którą stosuje Signal. Różnica polega na tym, że Signal jest prywatną firmą podlegającą prawu jednego kraju, a Europejska Superaplikacja jest publiczna, otwarta i podlega zbiorowemu europejskiemu nadzorowi.

Weryfikacja tożsamości to nie to samo co śledzenie. To rozróżnienie jest kluczowe i warto je dobrze zrozumieć. System wymaga weryfikacji, że jesteś prawdziwą osobą, po to, żeby wyeliminować boty i fałszywe konta. Ale weryfikacja nie oznacza, że system wie, co robisz. Nowoczesna kryptografia pozwala udowodnić, że jesteś człowiekiem, bez ujawniania swojego imienia każdemu rozmówcy. Możesz być zweryfikowanym użytkownikiem i jednocześnie korzystać z pseudonimu.

System wie, że po drugiej stronie jest prawdziwy człowiek. Nie musi wiedzieć, co myślisz, co piszesz do znajomych ani za kim głosujesz.

Publiczny, otwarty kod. Każdy programista, każda organizacja pozarządowa, każda redakcja dziennikarska może w dowolnym momencie sprawdzić, czy system robi dokładnie to, co deklaruje. Jeśli ktokolwiek spróbuje wbudować tylne drzwi, zostanie to wykryte. Nie dlatego, że ufamy obietnicom zarządzających. Dlatego, że kod jest publiczny i każdy może go przeczytać.


Okno możliwości: budżet UE 2028–2034

Wszystko, o czym mowa w tym tekście, nie jest abstrakcyjnym planem na odległą przyszłość. Istnieje konkretne okno czasowe, w którym ten projekt ma realne szanse na realizację.

W lipcu 2025 roku Komisja Europejska przedstawiła propozycję nowego budżetu UE na lata 2028–2034 o łącznej wartości prawie 2 bilionów euro. To największy budżet w historii Unii. Najważniejsza zmiana: budżet na projekty cyfrowe ma wzrosnąć pięciokrotnie w porównaniu z obecnym okresem. Powstaje nowy Europejski Fundusz Konkurencyjności, który konsoliduje programy technologiczne i cyfrowe.

Negocjacje nad budżetem potrwają do 2027 roku. To oznacza, że teraz kształtują się priorytety na następne siedem lat. Jeśli publiczna infrastruktura cyfrowa wejdzie do debaty budżetowej w tym oknie, ma realną szansę na finansowanie. Jeśli przegapimy ten moment, następna okazja pojawi się dopiero po 2034 roku.

Równolegle rośnie gotowość do zmian na poziomie poszczególnych państw. Schleswig-Holstein migruje 30 000 komputerów na Linuksa. Francja od lat wdraża otwarte oprogramowanie w administracji. Włochy, Dania i wiele innych krajów idą tą samą drogą. Raport Draghiego o konkurencyjności Europy wprost wskazuje na cyfrową zależność od Stanów Zjednoczonych jako zagrożenie strategiczne.

Europejska Superaplikacja wpisuje się w ten trend, ale idzie dalej. Zamiast zamieniać jeden zamknięty produkt na otwartą alternatywę, proponuje zbudowanie kompletnego ekosystemu, który przywraca kontrolę nad cyfrowym życiem obywatelom zamiast pozostawiać ją korporacjom.


Mamy problem. Internet, z którego korzystamy, nie działa w naszym interesie.

Mamy rozwiązanie. Europejska Superaplikacja to otwarta, publiczna infrastruktura zaprojektowana od zera dla ludzi, nie dla reklamodawców.

Mamy sposób, żeby za to zapłacić. Sprawdzony, oparty na istniejących mechanizmach, tańszy na mieszkańca niż projekty, które Europa już realizuje.

Jedyne, czego jeszcze brakuje, to decyzja.